Z zapomnianego drzewa nasza miłość jest owocem
Słodką tajemnicą jak miód
Nieporuszoną skałą
Ptakiem w locie
Milczącym oceanem
Zniekształconego kręgu wyobraźnia
Jak kleszcz wysysa całą prawdę
Nie poznaję tego co dobre, co złe
Ogień na stosie pragnień
(Artrosis - My)
Wieczorne
powietrze przyjemnie muskało rozpalone policzki mężczyzny. Luna była łaskawa,
jej blask odbijał się w tytanowych odbiciach futerału. Marcel uśmiechnął się
lekko wyciągając skrzypce. Gładził opuszkami palców drewno, wdychał zapach.
Musnął ustami smyczek zanim zaczął grać. Na polanie, gdzie wszystko się
rozpoczęło. Gdzie zmory zabrały mu rodziców i oko. Piękne, zielone oko,
pozostawiając w jego miejscu brzydką, szarobłękitną bliznę. Grał, tak jakby
ranek miał nigdy nie nadejść. Przychodził tutaj często, aby swoją muzyką zwabić
Sare-the, zmorę która wtedy ich zaatakowała. Wierzył, że któregoś dnia
przybędzie, a on dopełni swojej zemsty. Muzyka szeleściła pomiędzy liśćmi,
tańczyła na końcówkach źdźbeł trawy, spadała kropelkami nocnej rosy. Światło księżyca
oblewało sylwetkę rudowłosego, przez co jego twarz zdawała się być zrobiona z
alabastru. Biała maska Luny. Łagodny uśmiech rozświetlał delikatną twarz
Marcela. Tym razem nie miał swojej przepaski na oku, więc blizna była doskonale
widoczna. A on grał. Rzewną, nostalgiczną melodię. Jakby skrzypce płakały,
żaliły się całemu światu. W pewnej chwili przerwał. Coś zaszeleściło tuż za
nim, kroki… Ciche kroki. Odłożył skrzypce do futerału i sięgnął po srebrny
claive. Wszystkie mięśnie były napięte do granic możliwości, czyżby Sare-the
wreszcie odpowiedziała na jego wołanie. Odwrócił się bardzo powoli. Kilka
metrów od niego, pod drzewem siedziała czarnowłosa kobieta. Ubrana była w
krótki płaszcz i długą spódnicę. Zamrugała oczami, jakby zdziwiona brakiem melodii,
w którą się zasłuchała.
- Czemu przestałeś grać? – spytała. Głos miała melodyjny, ale wyrazisty. Takiego głosu nie da się zapomnieć.
- Kim jesteś? – spytał starając się brzmieć spokojnie, ale lekkie drżenie dłoni, w której trzymał claive, zdradziło go.
- Nazywam się Anna. – przeczesała palcami kruczoczarne włosy. – Dlaczego przestałeś grać?
Nie była człowiekiem, nie wyczuwał od niej tej, charakterystycznej woni. Była… Była krukiem. Tak teraz był pewien, w czarnych kosmykach dostrzegł kilka piór. Czego chciała od niego Corax? Czuł się zahipnotyzowany jej czarno-brązowymi oczami, które w świetle księżyca wyglądały tak jakby nie miały źrenic. Jakby były nieprzeniknioną pustką. Podszedł kilka kroków bliżej aby się jej przyjrzeć. Była raczej drobna, niewysoka, dość szczupła. Tonęła w fałdach spódnicy i szerokim płaszczu. Uśmiechnęła się , Galiard natychmiast cofnął się.
- Powiedz. – wstała zbliżając się do niego.
- Czego ode mnie chcesz? – spytał, w jego głosie czuć było podenerwowanie.
- Chcę tylko słuchać jak grasz. Dlatego proszę Cię, nie przestawaj.
Schował claive pod kurtkę i chwycił futerał w dłoń. Odwrócił się bardzo powoli. Nie musiał się jej obawiać, gdyby chciała go zaatakować, zrobiłaby to dużo wcześniej. Ruszył przed siebie. Dziwna dziewczyna. Słyszał jej lekki kroki tuż za sobą, ale nie zatrzymywał się. Nie potrzebował towarzystwa, a tym bardziej Coraxa obok. Nie będzie grał ku uciesze jakiejś kobiety, w końcu nie jest ulicznym muzykantem. Był trochę zły na nią, że zakłóciła mu spokój. Że tej nocy zmarnowała mu szansę, na dopadnięcie zmory. W końcu po godzinie spacerowania po lesie nie wytrzymał. Wciąż za nim szła.
- Może przestaniesz w końcu się za mną snuć – warknął, nie mogąc powstrzymać irytacji.
- Tylko jeżeli zagrasz. – stanęła tuż przed nim. – Zagrasz?
- Nie. – odparł wściekle. Jego zielone oko zabłysło niebezpiecznie.
- W takim razie nie przestanę. Nie boję się Ciebie Galiardzie.
- Idiotka – parsknął niedosłyszalnie.
Ruszył przed siebie. W końcu po długim spacerze dotarł do domu. A ona za nim. Czy nie mogła mu do jasnej cholery dać święty spokój. Głupia dziewucha. Co ona sobie wyobraża. Że będzie grał kiedy go poprosi? Była obca, z pewnością także niebezpieczna.
- Zostaw mnie w spokoju Coraxie. – warknął zamykając za sobą drzwi mieszkania.
- Jeżeli zagrasz dla mnie – usłyszał szept z korytarza.
Kiedy się odwrócił jej już nie było. Westchnął ciężko odpalając papierosa.
****
Od tamtego wieczoru każda noc była podobna. Nigdy nie zauważał z początku jej obecności, ale gdy tylko ja zdradzała chował skrzypce do futerału i wracał do domu. Drażniła go, jednak… Nie chciał się przyznać sam przed sobą, że go fascynowała. Jej upór i spokój. Irytowała go, ale jednocześnie chciał aby tam była. Aby każdej nocy wyprowadzała go z równowagi swoim delikatnym uśmiechem i nieprzeniknionym spojrzeniem. Chciał aby słuchała jego melodii. Jednak i on był uparty. Uparty i dumny jak każdy Władca Cieni. Nie zdradzi przed nią swojej słabości i fascynacji. Nie podda się słowom jakiegoś Coraxa.
Znów szelest. Odłożył skrzypce do futerału i zaczął zbierać się do powrotu.
- Jak masz na imię Galiardzie – pojawiła się tuż obok niego pochylając się lekko.
- Dlaczego po prostu nie zostawisz mnie w spokoju – syknął.
- Twoja melodia. Nie mogę zostawić Cię w spokoju rudowłosy Galiardzie. Zakląłeś mnie. – roześmiała się perliście, tak jakby powiedziała przed chwilą dobry żart.
To zdenerwowało go jeszcze bardziej. Chwycił kobietę mocno za ramię i potrząsnął. Jednak tak, aby nie zrobić jej krzywdy. Nawet nie starała mu się wyrwać. Zamiast tego wpatrywała się w jego oczy. Po kilkunastu sekundach, które wydawały się być wiecznością wspięła się na palce i musnęła ustami jego policzek. Nie mógł się ruszyć. Dłoń, którą zaciskał na jej ramieniu opadła bezwładnie wzdłuż ciała. Dopiero po chwili zorientował się co się stało. Odepchnął ją brutalnie.
- Nie dotykaj mnie! – warknął wściekle zaciskając pięści. – Masz życzenie śmierci?!
- Przepraszam Galiardzie – szepnęła.
Spojrzała na niego jakby ze smutkiem i spuściła głowę. Odwróciła się i odeszła w ciemność. Patrzył za nią tak długo, aż całkowicie znikła mu z oczu. Odetchnął głębiej. Gdy była w pobliżu czuł się dziwnie, niepewnie. Ale już poszła i teraz z pewnością więcej nie będzie mu zakłócać spokoju. Nareszcie mógł znów grać, aby wezwać Sare-the. Aby ją zwabić w pułapkę.
****
Nie przychodziła już. A jeżeli, to nie wiedział o tym, nie słyszał kroków, nie wyczuwał jej. Nie chciał się przyznać sam przed sobą, ale brakowało mu cichego towarzystwa tej kobiety. Brakowało mu uczucia, że ktoś przysłuchuje się z uwagą jego muzyce. Mijały dni i tygodnie, a ona nie pojawiała się. Uśmiechnął się smutno do siebie, na wspomnienie jej oczu. I grał. Jednak tym razem nie po to aby przywołać zmorę. Grał tęskną melodię, tak jakby chciał przywołać tą dziwną kobietę. Aby znów usiadła i przypatrywała się szczupłym palcom, jak zgrabnie ślizgają się po strunach. Aby słuchała melodii, aby muzyka znów ją zaczarowała. Nie chciał się przyznać, ale czasem grał nawet gdy była. Udawał, że nie widzi jej sylwetki ukrytej gdzieś za drzewami, że nie słyszy jej lekkiego oddechu. Chciał ją znowu zobaczyć, nie wiedział dlaczego, po co. Pokiwał poirytowany głową. Skąd takie myśli u Władcy Cieni?
- Mam na imię Marcel – wyszeptał w ciemność. Miał nadzieje, że była gdzieś tam, że go usłyszy.
- Pasuje do Ciebie skrzypku – usłyszał za plecami ten sam, melodyjny, kobiecy głos.
Odwrócił się odkładając skrzypce. Anna stała kilka metrów od niego. Uśmiechała się łagodnie. Podeszła kilka kroków, niezbyt pewnie, jakby nie chciała go wystraszyć lub urazić, jednak widząc, że mężczyzna nie sięga po claive zbliżyła się znów i usiadła na kamieniu, dwa metry od niego. Patrzyła na niego jakby z lekkim wyrzutem i jednocześnie z oczekiwaniem. Czekała na melodię. Aż dotknie smyczkiem strun i znów pozwoli muzyce płynąć i oplatać dźwiękiem cały las.
- Dlaczego? – spytał przyglądając się jej.
- Którejś nocy usłyszałam jak ktoś gra. Melodia była tak piękna, że nie mogłam się powstrzymać i ruszyłam w jej stronę. – bawiła się kosmykami swoich włosów – I w końcu zobaczyłam Ciebie. Wyglądałeś jak duch. Blady, twoja skóra lśniła w świetle księżyca. Twoja muzyka jest zaklęciem.
- Skoro tak twierdzisz.
- Zagrasz? Proszę Cię, Marcel.
Nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł skrzypce i przyłożył smyczek. Kilka tonów, kilka nut. Znów zaczął grać. Patrzył w oczy Coraxa. Patrzył na jej uśmiech, jak wsłuchuje się w melodię. Jak powoli na jej twarzy maluje się spokój i ukojenie. Nie zauważył nawet jak znalazła się tuż obok niego. Prawie czuł jej ciepły oddech na swojej skórze. Powinien był ją odepchnąć, powinien był odejść. Ale nie zrobił tego. Nie potrafił. Grał. Dla niej. Dla tej pięknej, drobnej kobiety, która opierała się o jego ramię. Powinien był uciec, odejść. Powinien był… Tyle rzeczy powinien był zrobić. Ale koniec końców nie zrobił żadnej z nich. Zamiast tego patrzył jak kobieta zasypia z głową na jego ramieniu. Jak jej twarz zdobi światło księżyca. Po godzinie odłożył ostrożnie skrzypce, starając się nie obudzić Anny. Delikatnie chwycił ją za ramiona i powoli położył na swoich kolanach. Nieśmiało, wręcz pieszczotliwie pogładził wierzchem dłoni policzek kobiety. Poruszyła się niespokojnie i zamrugała oczami. Chciał odsunąć dłoń, ale przytrzymała ją. Powinien był odejść… Powinien był… Anna podniosła się trzymając nadal jego rękę przy swoim policzku. Nie mógł przestać. Jej oczy zaczarowały go zupełnie. Musnął jej ciemne usta. Mało. Za mało. Przytulił ją do siebie i pocałował. Zapomniał o tym kim był, jaki był. Była ona. I tylko ona. W końcu po kilkunastu sekundach zorientował się co przed chwilą zrobił. Odwrócił głowę, jednak Anna przesunęła palcem jego podbródek.
- Nie odwracaj się ode mnie Marcel.
- An… - położyła mu palec na ustach.
- Nic nie mów, bo wiem, co chcesz powiedzieć. A ja nie chcę tego słuchać rudzielcu.
Poddał się. Pozwolił jej znów położyć głowę na jego kolanach. Przesuwał czarne, śliskie kosmyki pomiędzy szczupłymi palcami. Muskał aksamitnie gładką skórę. Wieczorne powietrze chłodziło jego rozpalone usta. Co ona mu zrobiła? Kim jest ta kobieta? Czy to wiedźma? Czy może faerie? Nie… Przecież leżała na jego kolanach, zanurzona w szerokim płaszczu, zatopiona w fałdach długiej spódnicy. Bawiła się rudymi lokami mężczyzny, które miękko opadały na ramiona. A Marcel? Nie wiedział co się z nim dzieje, czemu serce w piersi uderza dużo szybciej, czemu nie potrafi zatrzymać dłoni. Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Chyba był szczęśliwy, jeżeli to właśnie było szczęście. Nie mógł wiedzieć, nigdy go nie czuł. Rankiem pożegnał ją, mając nadzieje, że jeszcze ją zobaczy. Corax pokiwała głową potakująco widząc w jego oczach nieme pytanie i pocałowała go w policzek. Tak jakby chciała zapieczętować swoją obietnicę. I odeszła.
****
- Gdzie się znowu szwędasz? – głos brata wyrwał go zamyślenia, gdy wszedł do mieszkania – Od dwóch miesięcy znikasz na całe noce nic nikomu nie mówiąc.
- Chris proszę Cię, daj mi dzisiaj święty spokój. Jestem zmęczony, chcę spać. Nie mam ochoty na Twoje awantury.
- Cholerny gnojek – brat podszedł do niego i chwycił za poły kurtki – Łazisz po nocy, Gaja wie gdzie, nie wiadomo co tam wyprawiasz i jeszcze masz czelność mówić, że mam Ci dać spokój? Straciłeś rozum?!
- Chris naprawdę… - unikał wzroku brata.
- Masz gorączkę. – zauważył ciemnowłosy trzeźwo – Ty idioto! Nie obchodzi mnie ile masz lat, masz iść do pokoju i się natychmiast położyć. – popchnął go lekko w drzwi. - Porozmawiamy za chwilę.
Marcel westchnął tylko i poszedł do siebie. Tak miał gorączkę, ale nie był chory. Wtulił twarz w chłodny materiał poduszki. Anna. Wciąż miał przed oczami dziewczynę, której poddał się tej nocy całkowicie. Oddychał ciężko. Po kilku minutach usłyszał skrzypnięcie drzwi. To Christian wszedł z lekami i gorącą herbatą w dłoni. Postawił kubek i usiadł na brzegu łóżka. Dotknął dłonią czoła rudzielca. Jego brat był rozpalony. Westchnął ciężko i podał mu aspirynę.
- Łazisz po nocy jak ostatni idiota. Snujesz się niewiadomo gdzie. Ciągle grasz aby przywołać tą zmorę? Ona NIE przyjdzie! Rozumiesz? Nie przyjdzie!!!
- Tak… - wymamrotał w poduszkę, czuł się słabo. – Przepraszam.
- Przestań do cholery mnie przepraszać, tylko zachowuj się wreszcie na swój wiek. Nie masz już 10 lat. Jesteś Betą w caernie. A jak na razie od dwóch miesięcy widziano Cię tam tylko kilka razy. Naprawdę chcesz oberwać?
- Nie chcę. – jęknął usiłując się podnieść, kręciło mu się w głowie – Poznałem kogoś.
- Rozumiem i dla jakiejś spódniczki zaniedbujesz obowiązki? – Christian pokiwał z politowaniem głową – Robisz się taki jak Elias. Wypij to.
Podniósł brata za ramiona i podał mu kubek z herbatą. Przykrył rudzielca kocem.
- Kto to?
- Jest Coraxem. Ma na imię Anna…. Przychodziła słuchać jak gram…
- No pięknie. Mówisz Corax? Naprawdę Ci odbija. I to przez nią łazisz po lesie? Podziękuj jej, że się nabawiłeś gorączki. Ty naprawdę oszalałeś.
- Ale…
- Jesteś idiotą, ale jednocześnie moim bratem – Christian przerwał mu – Jak chcesz się widywać z czymś takim, to proszę bardzo. Tylko do jasnej cholery możesz mi o tym powiedzieć. I masz się pojawiać w caernie. W DZIEŃ, a nie późno w nocy, gdy już nikogo nie ma.
- Dziękuję. – rudy uśmiechnął się łagodnie, trochę dziecinnie.
- Będę tego bardzo żałował, już to czuję. Lepiej nie wpakuj nas w kłopoty. Bo tym razem Cię nie ochronię.
- Dobrze – odstawił kubek i położył głowę na poduszce.
Słońce wznosiło się już ponad horyzont. Christian siedział przy łóżku swojego brata i delikatnie głaskał po głowie. Nie dziwił się. W końcu Marcel nie był już dzieckiem. Nie mógł mu niczego zabronić, chociaż czasem bardzo tego chciał. Martwił się o niego cały czas. Dla niego rudzielec zawsze zostanie tym pięciolatkiem, którego tulił do siebie, któremu ocierał twarz z krwi.
- Głupi jesteś Marcel. Masz to po matce. – westchnął tylko – Ona też taka była. Za ojcem poszła na śmierć. Ale Ty nie pójdziesz. Odpoczywaj.
Ciemnowłosy mężczyzna wyszedł cicho z pokoju brata.
****
Gdy się obudził księżyc był już na niebie. Wziął prysznic, przebrał się. Spakował swoje skrzypce do plecaka. Po drodze zahaczył jeszcze o kuchnie aby zjeść coś przed wyjściem. Wychodząc minął w drzwiach Christiana, który dobitnie stwierdził, że jego brat to skończony idiota i on nie będzie pilnował jego tyłka. Ten uśmiechnął się tylko i ruszył szybkim krokiem na swoją polanę. Czekała tam na niego. Siedziała na kamieniu wpatrzona w księżyc w pełni. Usłyszawszy jego kroki podniosła się i podeszła do niego.
- Bałam się, że nie przyjdziesz. Że już nie zagrasz.
- Chcesz tylko abym dla Ciebie grał? – spytał niepewnie, głos zdradził wszystkie emocje, jakie w nim teraz tkwiły.
- Graj dla mnie Marcel. Po prostu graj. A nasz strach i ból odejdą. Po prostu bądź tu ze mną. I nie odwracaj się. Nie chcę abyś się odwrócił.
Przytulił ją do siebie całując lekko. Niczym letni wiatr. Zamrugała zdziwiona. Nie takiej reakcji się po nim spodziewała, jednak to było miłe zaskoczenie. Uśmiechnęła się do swoich myśli. Księżycowy tancerz, który zaczarował ją melodią, obejmował ją teraz i gładził pieszczotliwie po włosach. Nie wiedziała co kryło się w jego duszy, w jego oczach. Tak naprawdę byli dwojgiem nieznajomych, gdzieś pod księżycem. Ale chciała go poznać, chciała słuchać jak gra, chciała czuć dotyk szczupłych, chłodnych dłoni na swojej skórze. Wierzyła, że kiedyś smutek zniknie z jego zielonego spojrzenia, a ona będzie tą osobą, która pierwsza to dostrzeże.
- Zagrasz dla mnie Marcel.
- Tak Anno, zagram co tylko zechcesz.
****
- Ann. – Marcel odłożył skrzypce i spojrzał na dziewczynę siedzącą obok niego.
- Tak skrzypku? – bawiła się koralikami na swojej szyi.
- Nie chcecie się z nami bratać. Dlaczego nadal tu jesteś?
- Bo chcę tutaj być, bo pięknie grasz i masz miękkie, chłodne usta – uśmiechnęła się widząc lekki rumieniec na twarzy rudzielca – Poza tym, jesteś uroczy.
- Przestań – żachnął się – Masz mylne wrażenie.
- Skoro tak twierdzisz. A dlaczego Ty tu jesteś? – przysunęła się do niego i położyła głowę na jego ramieniu. – Niech zgadnę, sam nie wiesz?
- Ann – westchnął cicho, rzeczywiście sam nie wiedział, co tutaj robi.
- Nie przeszkadza mi to. – przesunęła palcami pomiędzy lokami mężczyzny. – Naprawdę.
- Jesteś dziwna – odpalił papierosa i zaciągnął się srebrzystym dymem.
- Jestem krukiem. Lubię wyzwania i jestem uparta. Ty jesteś takim wyzwaniem.
- Czyli to tylko gra?
- A chcesz żeby tak było? Albo nie, nie odpowiadaj. Nie chcę wiedzieć.
- Muszę iść, mam parę spraw do załatwienia – musnął ustami policzek kobiety.
- Zagrasz dla mnie jutro? – spojrzała prosząco gdy założył plecak na ramię.
- Zobaczymy – mruknął odchodząc.
- Zagrasz – szepnęła gdy nie mógł już jej usłyszeć, uśmiechnęła się ciepło – Zagrasz.
Wpatrywała się w zachodzące słońce. Blask Heliosa przyjemnie ogrzewał jej twarz. Wiedziała, że nie postępuje dobrze. Że nie powinna zbliżać się tak do Galiarda Władców Cieni, ale mimo to robiła to. Robiła to bo chciała. Bo Marcel był niezwykły, inny od wszystkich garou których poznała. Miał w sobie przeraźliwy smutek, tęsknotę, melancholię. Poza tym podobał się jej. Lubiła jego rude loki, piegi i smukłe palce. Podobał się jej jego smutny uśmiech, który malował się na ustach mężczyzny, gdy ten grał na skrzypcach. Był tajemnicą, a ona bardzo lubiła tajemnice. Usłyszała za sobą trzepot skrzydeł. Nie pofatygowała się nawet aby się odwrócić.
- Robisz źle – poznawała ten głos, to był Robert.
- To nie Twoja sprawa co robię i z kim. – odpowiedziała spokojnie, dalej wpatrując się w zachód słońca.
- To Władca Cieni, oni są zdolni tylko do spisków i skrytobójstwa.
Przed nią stał wysoki, umięśniony mężczyzna, o ciemnobrązowych włosach i piwnych oczach. Ubrany był w długi, szary płaszcz. Krótkie włosy miał lekko postrzępione co nadawało mu zawadiackiego wyglądu. Jednak wiedziała, że to złuda. Kucnął obok niej.
- Zabije Cię, gdy mu się znudzisz. Albo zrani Cię. Albo…
- Skończ już – ucięła krótko – Mam dość Twoich rad i Twojego gderania. Przyszedłeś tu tylko po to aby mnie pouczać?
- Martwię się o Ciebie. Zachowujesz się dziwnie ostatnimi czasy. Snujesz się z jakimś garou całe dnie i całe noce. Nie odstępujesz go prawie na krok. Co się z Tobą dzieje?
- Nic Robercie. Zajmij się swoimi sprawami, moje pozostaw mnie.
- Kiedy w końcu pomyślisz o potomstwie? – spytał z wyrzutem – Przecież to powinno być najważniejsze.
- Już kiedyś powiedziałam. Zajmę się tym jak będę miała na to ochotę. A teraz zostaw mnie łaskawie w spokoju, nie potrzebuję Twojego towarzystwa. Psujesz mi przyjemną chwilę.
- Tacy jak Ty zgubią nasz gatunek. Ty cholerna egoistko!
- Sami się zgubicie – odpowiedziała spokojnie i wstała. – Ktoś Cię przysłał, czy sam wpadłeś na ten idiotyczny pomysł przyjścia tutaj?
- Jeszcze pożałujesz swojej decyzji.
- Być może – ton był ostry i nieprzyjemny – Ale to już nie Twoja sprawa. Żegnam Cię Robercie.
- Anno, proszę Cię… - chciał ją uchwycić, ale kobieta zmieniła się w kruka i uleciała w niebo.
****
Wychodząc z caernu zauważył ją. Siedziała na ławeczce w parku, który otaczał ich święte miejsce. Była zdenerwowana i chyba smutna. Wyczuł to patrząc na nią. Widział jej spięte mięśnie ramion, lekko pochyloną głowę. Czarna grzywka opadała na twarz. Podszedł i usiadł obok niej.
- Czy coś się stało? – spytał, a w jego głosie czuć była autentyczną troskę, niezwykłą dla Władców Cieni.
- Nie Marcel, nic się nie stało. – pokiwała głową, wiedział że kłamała.
- Chcesz mnie oszukać? – uśmiechnął się krzywo – Powinnaś już wiedzieć, że to bezcelowe.
- Wiem – westchnęła – Ale naprawdę to nic takiego. Chcesz zobaczyć jak wygląda krucze gniazdo? – szybko zmieniła temat.
- Gniazdo? – zdziwił się unosząc brew.
- Mieszkanie. – zaśmiała się cicho, Marcel czasami potrafił być rozbrajający.
- Nie wiem co w tym zabawnego – mruknął i podał jej dłoń – Prowadź w takim razie.
- Nie masz innych zajęć? – zdziwiła się, że trzymał ją za rękę gdy szli przez park.
- Skoro się zgodziłem, to chyba jest jasne, że nie mam.
Znów się zaśmiała. Rudzielec był naprawdę niezwykły. Konkretny i rzeczowy, aż nazbyt. Mówił zwykle lakonicznie. Wypowiedź która składała się z więcej niż trzech zdań była chyba według niego zbyt długim przemówieniem. Prawdę mówiąc nigdy nie powiedział przy niej naraz więcej jak dwa zdania. A i te były zwykle wyjątkowo krótkie. Za to jego muzyka opowiadała historie. Historie, których jeszcze nie rozumiała. Spacerowali w ciszy. Zdawało się jej, że pośród zgiełku miasta nie ma nic prócz jego, lekkiego, trochę płytkiego oddechu.
Otworzyła mosiężnym kluczem duże drzwi z mahoniowego drewna. Weszli do środka. Mieszkanie było wysokie, cecha charakterystyczna wszystkich starych kamienic. Rozejrzał się dyskretnie. Nie było duże. Ledwie dwa pokoje, coś co powinno było być kuchnią i mała łazienka. Zaprowadziła go do pokoju. Był całkiem spory, jak na jej warunki mieszkaniowe, urządzony w stylu wczesnej secesji. Przeważały pastelowe kolory i ciemne drewno. Usiadł na krześle przy niewielkim stoliku. To miejsce było ładne, trochę tajemnicze, stylowe. Dokładnie takie jak ona. Położył ostrożnie futerał ze skrzypcami na sofie stojącej w kącie. Po chwili Anna wróciła niosąc dwie filiżanki, zapach imbirowej herbaty rozniósł się po całym pomieszczeniu. Dopiero teraz zauważył, jak jest ubrana. Miała na sobie czarną, jedwabną bluzkę i takąż samą spódnicę. Tak jak przypuszczał była szczupła, filigranowa. Wcześniej nie mógł być pewien bo ciągle miała na sobie trochę przyduży, szeroki płaszczyk. Usiadła naprzeciw i postawiła przed nim porcelanową filiżankę.
- Jak Ci się podoba? – spytała sącząc parujący płyn.
- Stylowo – mruknął – Ładnie zagospodarowana przestrzeń.
- Dziękuje – pokiwała głową. Takiej odpowiedzi się spodziewała. Krótkiej i konkretnej.
Przyglądała się jak Marcel trzyma filiżankę w szczupłych palcach. Nigdy nie przypuszczała, że mężczyzna potrafi być tak subtelny i delikatny. Miał przymknięte oko, drugie zasłonięte czarną przepaską. Tylko raz widziała go bez niej. Później już, za każdym razem miał ją na sobie. Burza rudych loków okalała szczupłą, przystojną twarz. Nie był jednak eteryczny i mimozowaty. Pod kurtką rysowały się nieźle rozbudowane mięśnie ramion i barków. Jednak dłonie. Dłonie artysty, wirtuoza. Otworzył oko czując, że kobieta mu się przygląda.
- Mam coś na twarzy? – spytał z lekką ironią w głosie.
- Spokój - odpowiedziała z takim samym przytykiem – Po prostu Ci się przyglądam.
- Analizujesz jakim bym był przeciwnikiem?
- Nie jesteś moim wrogiem – mruknęła poirytowana tym pytaniem.
- Wybacz, jeżeli Cię uraziłem – zauważył grymas na jej twarzy. – Nie miałem takiego zamiaru. Można tu zapalić?
- Trzy zdania – uśmiechnęła się, rudzielec spojrzał na nią dziwnie – Powiedziałeś właśnie trzy zdania.
- Zdarza mi się. – przez twarz Marcela przebiegł cień smutnego uśmiechu. – Można?
- Tak proszę, tylko otwórz okno. Przyniosę Ci popielniczkę.
Odstawił herbatę i odpalił papierosa. Zapalniczka ślizgała się w długich palcach mężczyzny. Obserwowała go z przyjemnością. Jak wdychał do płuc srebrny dym. Siedzieli w milczeniu. Patrzył w ciemnobrązowe oczy kobiety z zaciekawieniem, jakby z uczuciem, którego nie potrafiła nazwać. W końcu zgasił papierosa i oparł się lekko na krześle. Dopiero teraz zauważyła jak spięty był przez ten cały czas. Podeszła do niego i pochyliła się nad rudzielcem. Uniósł brew zdziwiony.
- Możesz się rozluźnić. Tutaj naprawdę nikt nie stoi w cieniu i nie ma zamiaru wbić Ci noża w plecy.
- Skąd możesz o tym wiedzieć – skrzywił się nieładnie.
- Po prostu wiem. – położyła mu dłonie na ramionach, mięśnie mężczyzny aż zadrżały pod jej palcami jednak po chwili zaczęły się rozluźniać – Nie pytam dlaczego taki jesteś, po prostu chcę abyś przez chwilę odpoczął i przestał ciągle oglądać się za siebie.
- To kwestia przyzwyczajenia – odpowiedział cicho i chwycił jej dłoń, musnął lekko ustami palce kobiety - To jak wyuczony odruch, to oglądanie się wciąż za siebie.
- Tak samo jak to, że prawie nic nie mówisz i powstrzymujesz uśmiech?
- Można tak powiedzieć.
Pociągnęła go za sobą na łóżko. Usiadł niepewnie obok niej, jakby się jej obawiał. Lubiła tą jego nieśmiałość i ostrożność. Oparła się o niego. Dłoń rudzielca powoli powędrowała w kierunku jej czarnych kosmyków, muskając przypadkowo szyję kobiety. Speszył się trochę gdy westchnęła cichutko, a on po palcami poczuł gęsią skórkę, jednak nie cofnął dłoni. Chyba nie była zła, nie zrobił jej przecież krzywdy. Gdy zobaczył jej uśmiech pozwolił sobie na śmielszy dotyk. Gładził delikatnie linię jej ramion, kark. W końcu nachylił się nad nią i musnął ustami kawałek nagiej skóry przy obojczyku. Odchyliła głowę powoli, tak aby go nie wystraszyć. Chłodne usta mężczyzny pieściły jej szyję i ramię. Nie spodziewała się tego. Zresztą w przypadku tego garou nic nigdy nie było pewne. Równie dobrze mógł poderżnąć jej gardło jeśli miałby na to ochotę. Ale to ryzyko podobało się jej, ta adrenalina i niepewność. To tak jakby była ćmą igrającą z ogniem. Objął ją w pasie, nadal całując lekko.
- Masz gładką skórę – wymruczał w zagłębienie jej szyi.
Uśmiechnęła się tylko, nie oczekiwała od niego romantyzmu i komplementów. Po prostu mówił to co myślał. Był prostym, a jednocześnie tak cholernie skomplikowanym mężczyzną. Był zagadką, a ona nie wiedziała z której strony ma „ugryźć” aby ją rozwiązać. Więc na razie nawet się nie starała. W końcu pocałował ją w skroń i przytulił po prostu do siebie.. Widziała jak ciężko mu się przełamać. Jak trudno było mu się zbliżyć. Poczuła jak Marcel lekko unosi ramiona. Jakby zdejmował coś z szyi. Po chwili przed oczami zauważyła łańcuszek wiszący na jego dłoni. Nie był srebrny, ale połyskiwał w promieniach zachodzącego słońca. Najprawdopodobniej tytan. Na końcu wisiorka przyczepiona była mała różyczka z rubinem.
- To dla Ciebie. – zapiął jej na szyi.
- Ale za co? Marcel?
- Powiedziałem, to dla Ciebie. Jeżeli Ci się nie podoba, możesz to wyrzucić.
- Jest piękne. Po prostu… - tym razem on położył jej palec na ustach.
- Skoro Ci się podoba, to przestań tyle mówić. Muszę iść.
- Nie grałeś dzisiaj. – mruknęła trochę smutno.
- Jutro. Mam parę spraw do załatwienia.
Westchnęła cicho muskając jeszcze jego szczupłą dłoń, zanim wstał łóżka i wyszedł z pokoju.